Czwarty dzień febry
Ponieważ nic gor¬szego me może już się zdarzyć - zapewne zdarzy się coś lepszego rozumował po prostu. Dlatego też dygocąc pod kocami, zanosił się od śmiechu, podczas gdy czarne lokajczyki przytuliwszy do siebie kędzierzawe głowy dziwiły się i zdumiewały co za szatany siedzą w białym panu. Wiatr północno-zachodni dął nieustannie przez dwa dni; Sheldon leżał, zła¬many chorobą. Osłabienie po dyzenterii sprzyjało rozwojowi febry, która w przeciągu dwóch dni tak wyniszczyła organizm, jak gdyby trwała przynajmniej dziesięć w warunkach normalnych. Za to dyzenteria znikła z Berandy. Ze dwu¬dziestu ozdrowieńców marudziło w szpitalu, nabierając jednak sił z godziny na godzinę. Umarł już tylko jeden, ten właśnie, nad którym brat rozpaczał, za¬miast odpędzać muchy. Czwartego dnia febry Sheldon leżał na werandzie, patrząc mętnymi oczyma na zbałwaniony ocean.