Cichnąca burza

Wiatr cichł z wolna, lecz potężne fale biły wciąż jeszcze brzeg piaszczysty, bryzgając aż ku masztowi i pieniąc się tuż przy słupach ogrodzenia. Sheldon zażył właśnie trzydzieści gram chininy, lekarstwo szumia¬ło mu w uszach niby rój szerszeni, kolana drżały, omdlewały ręce, wnętrzności pulsowały mdło i nieznośnie. W pewnej chwili, otworzywszy oczy, ujrzał coś, co było niewątpliwie halucynacją. Niedaleko od brzegu, tam, gdzie po raz ostat¬ni stała na kotwicy Jessie, na dymiącym pianą grzebieniu potężnej fali uka¬zał się sterczący ku górze dziób welbotu i znikł w sposób tak naturalny, jak zniknąłby dziób każdego statku, ześlizgującego się z wzdętego grzbietu w głąb rozpadliny wodnej. Sheldon wiedział przecież dobrze, że żadna łódź nie wyru¬szyła z plantacji. Czyżby na Wyspach Salomona znalazł się szaleniec idący w morze podczas takiej burzy? Halucynacja trwała jednak.